Dzisiaj jest: 31 Październik 2014    |    Imieniny obchodzą: Łukasza, Urbana, Augusta

Mord w Aninie

Sprawa Jaroszewiczów rozpoczęła marsz policji i prokuratury kompromitującą ścieżką nieudolności, błędów, zaniedbań,  niechlujstwa i amatorszczyzny. Mija 20. rocznica zbrodni w Aninie.

details-images

To była pierwsza wielka zbrodnia okresu transformacji. Od pierwszego dnia ogromnie głośna. I równie szokująca. Obydwoje starzy przecież już ludzie przed śmiercią byli torturowani. Do dziś nie wiemy dlaczego. Wiele wskazuje na to, że sprawcy mordu chcieli dzięki torturom wydobyć jakąś tajemnicę. Jaką? To pytanie pozostaje bez odpowiedzi. Podobnie jak i inne. Kim byli sprawcy i ewentualni zleceniodawcy, jaki był ich motyw? Szanse na rozwikłanie tych zagadek zostały pogrzebane przez organy ścigania w pierwszych godzinach, dniach i tygodniach śledztwa. Sprawa zabójstwa Jaroszewiczów rozpoczęła marsz policji i prokuratury kompromitującą ścieżką nieudolności, błędów, zaniedbań, niechlujstwa i amatorszczyzny. Wydawało się, że tamto doświadczenie będzie epizodem, nieprzyjemną, ale szybko zapomnianą nauczką. Stało się odwrotnie. Fatalna passa trwa do dziś. Ścieżka z początku lat 90. przemieniła się w dobrze ubity trakt,a jego kamieniami milowymi są skandalicznie prowadzone śledztwa w sprawie zabójstwa byłego szefa polskiej policji generała Marka Papały oraz porwania i zamordowania Krzysztofa Olewnika.

Napad i mord

Były premier PRL Piotr Jaroszewicz i jego żona Alicja Solska-Jaroszewicz zostali zamordowani w nocy z 31 sierpnia na 1 września 1992 r. Wątłe poszlaki związane z tym zabójstwem każą wątpić, że była to zbrodnia na tle kryminalnym. Bardziej prawdopodobny wydaje się motyw polityczny. Wedle tej wersji zabójstwo było jedyną drogą, która miała uniemożliwić ujawnienie przez Jaroszewicza informacji kompromitujących jakąś ważną postać, a może nawet grupę osób z kręgu władców PRL. A wtedy operację „Zlikwidować premiera i jego małżonkę” przeprowadzili specjaliści od „mokrej roboty” z kręgu służb specjalnych. To w pewnym sensie tłumaczyłoby porażkę śledztwa i  brak jakichkolwiek sygnałów dających nadzieję na poznanie tajemnicy tej zbrodni. Ale tylko częściowo. Wobec okoliczności zabójstwa uprawnione jest pytanie, czy śledztwo nie było manipulowane? Czy od początku nie było z premedytacją skierowane wyłącznie na motywy kryminalne kosztem nie tylko pominięcia, ale wręcz wykluczenia pubu-dek politycznych?

Ofiary zostały napadnięte we własnej willi w podwarszawskim Aninie. Jaroszewicz został uduszony na fotelu w swoim gabinecie na pierwszym piętrze. Na szyi zaciśnięto mu skórzany pasek, a następnie na zasadzie dźwigni dociskano go, obracając ciupagą pętlę. Wcześniej zadano mu wiele ciosów w głowę twardym narzędziem przypominającym tłuczek do mięsa. Zginął w pozycji siedzącej na fotelu. Lewą rękę miał przywiązaną sznurem do oparcia, tak jakby ktoś specjalnie zostawił mu prawą, by mógł coś napisać. W wyniku ucisku paska na krtań nie był bowiem już w stanie mówić.

Przypomnijmy, że swoją pozycję w PRL Piotr Jaroszewicz, zawodowy politruk wojskowy, zawdzięczał temu, że wspólnie z NKWD wprowadzał do Polski komunizm na sowieckich bagnetach. Przez pierwszych pięć lat „po wyzwoleniu”, kiedy z całą brutalnością i przemocą szalała Informacja Wojskowa, był wiceministrem obrony narodowej. Musiał widzieć i akceptować terror oraz bezprawie stosowane na co dzień przez wojskową bezpiekę. Funkcję premiera pełnił dziesięć lat, począwszy od grudnia 1970 r.

Solską, byłą dziennikarkę „Trybuny Ludu”, zastrzelono ze sztucera. Broń należała do jej męża. Strzał w tył głowy oddano z najbliższej możliwej odległości. Przedtem również bito ją i podduszano. Sprawcy splądrowali cały dom, ale nie zrabowali niczego cennego. Wzięli jedynie dwa pistolety.

Typowanie sprawców

Od początku śledztwo było prowadzone niedbale i nieudolnie. Nie zabezpieczono terenu wokół willi, na którym sprawcy mogli pozostawić ślady. Bezpośrednio po odkryciu zbrodni, przez wiele godzin, a nawet dni, wchodziły tam postronne osoby. Wstrząśnięta zbrodnią opinia publiczna oczekiwała wykrycia sprawców i ich ukarania. Przez pierwsze dwa lata policji i prokuraturze nie udało się znaleźć żadnego punktu zaczepienia prowadzącego do złapania zabójców. Zarówno policję, jak i prokuraturę mobilizowała do aktywności chęć sukcesu. Kto mógł wtedy przypuszczać, że ta pobudka jednocześnie zaślepiała. Po ponad dwóch latach nie tyle wykryto winnych, ile raczej ich wytypowano. Było to czterech kryminalistów z Mińska Mazowieckiego. Trójka z nich miała wówczas po 54 lata. Byli to: Henryk S. ps. Sztywny, Jan K. ps. Krzaczek i Wacław K. ps. Niuniek. Krzysztof R. ps. Faszysta, choć najmłodszy, bo 41-letni, był ich szefem. Wszyscy wcześniej byli karani i wiele lat spędzili na więziennym wikcie.

Śledztwem kierował Artur Kassyk, prokurator rozpoczynający karierę w okresie PRL, znany z przykładania ręki do procesów przeciwko działaczom podziemnej „Solidarności”. W nowych czasach robił wszystko, by się legitymizować w warunkach państwa demokratycznego. Sprawa Jaroszewiczów była ku temu świetną okazją. Aby osiągnąć swój cel, szedł na skróty. Nie przeszkadzało mu m.in. to, że żaden z oskarżonych nie przyznaje się do winy. Kassyk uznał, że to strategia doświadczonych kryminalistów. Forsując tezę o dokładnie zaplanowanym napadzie rabunkowym, ignorował istotną sprzeczność – sprawcy nie wynieśli niczego drogocennego z willi, choć wiele takich rzeczy było w zasięgu ich ręki. Brak materialnych dowodów na obecność kryminalistów z Mińska w willi przy ulicy Zorzy 19 w Aninie prokurator Kassyk tłumaczył tym, że bandyci cały czas działali w rękawiczkach.

Sądowa klęska

Cztery lata po zabójstwie rozpoczął się proces, który miał klasyczny poszlakowy charakter. Trwał od października 1996 r. do października 1998 r. Przez największą salę sądu warszawskiego przewinęło się ponad stu świadków.

Akt oskarżenia od początku opierał się na słabych podstawach. Prokuratura, nie wiedzieć czemu, założyła, że istnieje podobieństwo pomiędzy pewnym napadem sprzed dwóch lat, który też miał miejsce w pobliżu Anina, a zbrodnią na Jaroszewiczach. Wówczas bandyci napadli na samotną, starszą kobietę, którą również torturowali. Podobno w tym pierwszym napadzie mieli brać udział „Krzaczek” i „Niuniek”. Podobno, bo nigdy im tego nie udowodniono. Prokuratura wiedziała, że dwaj pozostali – „Faszysta” i „Sztywny” – są z nimi związani. Na tej podstawie bez większego namysłu i twardych dowodów w akcie oskarżenia stworzono z nich czteroosobową szajkę zwyrodnialców, którzy wspólnie zabili Jaroszewiczów.

Drugi dowód był również mocno wątpliwy. W połowie lat 90. w Polsce modne stało się nowe narzędzie sprawdzające prawdomówność – wariograf. Delikwentów poddano więc badaniu wykrywaczem kłamstw. Stawiający pierwsze kroki w obsłudze tego urządzenia biegły uznał, że w skali od 1 do 10 prawdopodobieństwo, iż to badani dokonali podwójnego mordu, sięga blisko maximum i wynosi 9.

Mocnym punktem oskarżenia – wedle założeń prokuratury – były też zeznania Jadwigi K., konkubiny Krzysztofa R. „Faszysty”. Miał jej się chwalić, że wie, „iż w Aninie jest dziany pryk”. Innym razem któryś z oskarżonych miał pretensje do „Faszysty”, „że załatwił dziada”.

Do dziś nie wiadomo, jak było naprawdę. Kobieta „Faszysty” miała ponoć kilka miesięcy wcześniej zwierzać się jednemu ze świadków w tym procesie, że obciążające zeznania szantażem wymusiła na niej policja. Straszono ją więzieniem, jeśli nie będzie zeznawać pod dyktando przesłuchujących. W sądzie, jako osoba najbliższa jednego z oskarżonych, skorzystała z prawa odmowy składania zeznań. W ten sposób rozsypał się najważniejszy punkt prymitywnie zbudowanego oskarżenia.

Przed sądem prokuraturę zawiódł też inny ważny świadek – Andrzej Jaroszewicz, syn Piotra z jego pierwszego małżeństwa z Rosjanką Roksaną Stefurak. Swoim zeznaniem zniszczył drugą ważną poszlakę. Chodziło o fiński nóż znaleziony w domu Jana K. W śledztwie Andrzej Jaroszewicz rozpoznał nóż jako białą broń z domu ojca. W sądzie już nie był tego pewien. Pozostałe dowody zostały z równą łatwością obalone przez obronę. Koniec procesu był absolutnie zaskakujący. Prokurator w końcowej mowie opowiedział się za uniewinnieniem oskarżonych.

Sąd uniewinnił rzezimieszków z Mińska. Wytknął jednocześnie najważniejsze wady oskarżenia, o których pisałem wcześniej.

Andrzej Jaroszewicz twierdził, że powodem zbrodni była chęć zdobycia przez napastników jakichś informacji lub dokumentów. Ale prokuratura z niezrozumiałych powodów już na początku śledztwa odrzuciła wersję politycznego motywu napastników.

Jerzy Jachowicz