Dzisiaj jest: 13 Grudzień 2017    |    Imieniny obchodzą: Łucja, Otylia, Eugeniusz

Za „buntem generałów” stoją ludzie ze „złotego funduszu”

„Gdy zostałem ministrem obrony narodowej, zobaczyłem w armii ludzi ze »złotego funduszu« na kluczowych stanowiskach” – mówi w wywiadzie

details-images

dla „Gazety Polskiej” szef MON Antoni Macierewicz. Według niego to ludzie z tego PRL–owskiego funduszu stoją za tzw. buntem generałów.

Szef MON podkreśla w wywiadzie dla środowej „GP”, że „złoty fundusz”, którego oficjalna nazwa brzmi Fundusz Przyspieszonego Rozwoju, „próbował reaktywować w 2012 roku minister Tomasz Siemoniak”. 

Pytany, jaki wpływ mają ludzie z funduszu na kształt polskiej armii, odpowiedział: „Do niedawna bardzo istotny i chcą mieć go nadal. I na pewno im dłużej jest blokowana możliwość mianowania nowych generałów, tym bardziej utrwala się wpływ takich ludzi na polską armię”. 

Minister obrony dodał, że pierwszy raz z informacją o istnieniu „złotego funduszu” zetknął się zaraz po objęciu ministerstwa, przy zapoznawaniu się z życiorysami ludzi przedstawianych do awansu. Nie odpowiedział na pytanie, kto przedstawiał te osoby do awansu. Jak wyjaśnił Macierewicz, fundusz to sformalizowana grupa ludzi, którzy przynależność do niego mieli zapisaną w oficjalnych dokumentach personalnych żołnierza. 

Struktura z lat 80

„To byli młodzi ludzie, wyselekcjonowani na początku lat 80. z całej kadry oficerskiej, jako ci, którzy będą w przyszłości dowodzili polską armią. Wojsko miało czuwać nad ich rozwojem i przygotowaniem do roli dowódców” – powiedział szef MON. Macierewicz podkreślił, że grupa ta została nazwana „złotym funduszem” ze względu „na przywileje finansowe, możliwości wszechstronnego szkolenia i zapewnionej drogi awansu”.

„W wojskowych służbach specjalnych PRL tego typu strukturę nazywano kadrą perspektywiczną. Ta nazwa funkcjonowała także w oficjalnych dokumentach. Gdy zostałem ministrem obrony narodowej, zobaczyłem w armii ludzi ze złotego funduszu na kluczowych stanowiskach. To niewielka grupa, ale wciąż bardzo wpływowa – nawet jeśli znajduje się dzisiaj poza armią” – powiedział minister. 

„I przypomnę tylko, że peerelowski pomysł Funduszu Przyspieszonego Rozwoju próbował reaktywować w 2012 roku minister Tomasz Siemoniak” – dodał. Szef MON, pytany, czy ci ludzie stoją za „buntem generałów”, odpowiedział: „Tak, a ich wpływy można było zaobserwować, gdy z wojska odeszło kilku generałów współodpowiedzialnych za osłabianie polskiej armii. Rozpoczął się wówczas medialny, zmasowany atak, który wciąż trwa”.

Doktryna Komorowskiego 

„I nikt nie czuje się zażenowany tym, że chodzi o funkcjonariuszy wojskowej bezpieki, i tych, którzy bili czołem przed gen. Stanisławem Koziejem czy prezydentem Bronisławem Komorowskim. Robili to wówczas, gdy milczenie gen. Mieczysława Cieniucha, dowodzącego »grupą wsparcia« dla ekspertów pracujących w Smoleńsku, pomagało upowszechniać kłamstwo smoleńskie. Robili to także wówczas, gdy na kilka miesięcy przed agresją rosyjską na Ukrainę Bronisław Komorowski ogłaszał doktrynę, że przez dwadzieścia lat nie będzie wojny w Europie, a Rosja nam nie zagrozi” – podkreślił Macierewicz. 

„Wówczas nie mieli odwagi ani bronić swoich towarzyszy broni leżących w błocie smoleńskim, ani Polaków skazywanych na bezradność wobec Rosji! Tchórzliwe milczenie było wtedy nazywane odwagą, dziś odwagą nazywa się atakowanie wzmacniania armii. Co więcej, środowiska postkomunistyczne oraz liberalne używają tego paliwa w sposób szczególnie bezwzględny i konsekwentny. Niestety, ze strony środowisk patriotycznych, ze strony obozu dobrej zmiany zakres przeciwstawienia się temu atakowi jest niewielki” – ocenił szef MON. 

Indywidualne podejście

Według Macierewicza na obecną sytuację w armii miały wpływ decyzje podejmowane jeszcze w latach 80. poprzedniego stulecia. Przywołał rozmowę między Wojciechem Jaruzelskim i Michaiłem Gorbaczowem, „podczas której Jaruzelski zapewnił, że jeśli chodzi o polską armię, to on na pokolenia zabezpieczył dominację środowisk związanych ze Związkiem Sowieckim”. 

„Wydawało się wówczas, że mamy do czynienia z pewną bufonadą w wykonaniu Jaruzelskiego - ot, takim rzuceniem nieuprawnionego stwierdzenia, niemającego żadnego zakorzenienia w faktach. Później jednak zapoznałem się z dokumentami dotyczącymi systemu nazwanego »złotym funduszem«” – powiedział minister. 

Szef MON podkreślił, że nie można z góry przekreślać wszystkich, którzy przeszli przez tzw. złoty fundusz. – Do każdej osoby należy podejść indywidualnie i tak właśnie postępuję. Jeżeli ktoś nie popełnił przestępstwa zdrady Polski, nie uwikłał się w trwałe zależności i gotów jest budować nową armię, to zawsze będzie miał drogę otwartą.

PAP, TVP.info